Diety niskowęglowodanowe

Ludzie mają to do siebie, że chcą wierzyć w bajki. W każdym z nas tkwi takie małe dziecko, które tęskni za Świętym Mikołajem. W tym wypadku za tym, że to nieprawda co wszyscy ci naukowcy i lekarze mówią o smacznym jedzeniu, że niezdrowe, to jeden wielki spisek, to co MI smakuje musi być zdrowe, wolę uwierzyć jakiemuś blogerowi czy kolesiowi z przypadku nagrywającemu filmy na youtube, niż tysiącom naukowców.

Mamy to zakodowane gdzieś w podświadomości, że wierzymy w piękne kłamstwo, a odrzucamy brzydką prawdę. Co druga osoba, która pali papierosy, umrze od tego? E, nigdy mi się to nie przytrafi. Jedna osoba na milion wygrywa w totka? Dziś może być mój szczęśliwy dzień!

Co jakiś czas pojawia się nowa super-cud-dieta, za każdym razem jest to ten sam schemat: wszyscy naukowcy się mylą, ja mam rację, można jeść smaczne, niezdrowe rzeczy, bo one tak naprawdę są zdrowe. I tłumy wierzą, bo jak tu nie uwierzyć? Przecież wiadomo, że jak ktoś 30 lat uczy się dietetyki, to się na tym nie zna. Rację ma ten, kto przeczytał coś na blogu a potem nagrał z tego film na youtube.

Pamiętacie histerię związaną z dietą Atkinsa? To był dokładnie ten sam schemat, takie same argumenty jak przy dietach „paleo”, „keto”, „Dukana” czy „opty”. Zasady żywienia tych wynalazków nie różnią się też specjalnie. Piszę o Atkinsie, jako że to właśnie z nim wiąże się przepiękna wręcz historia. Opisywałem ją wielokrotnie i pewnie jeszcze nie raz to zrobię. Bardzo rzadko w historii medycyny zdarza się tak wspaniały zbieg okoliczności.

Grupa naukowców prowadziła badania nad dietą zbliżoną do Ornisha (w zasadzie niemal identyczną, w dużej mierze wegańską). Zmierzyli pacjentom przepływ krwi przez tętnice wieńcowe, przekazali zalecenia dietetyczne, suplementy (omega 3, witaminy z grupy B) i czekali. Po roku zamierzali zmierzyć przepływ krwi ponownie, by sprawdzić, czy faktycznie miażdżyca się cofnie.

Ale jak wszyscy wiemy, naukowcy i lekarze to banda idiotów, a rację ma koleś, który napisze książkę o ukrytej diecie. Tak, Atkins, chociaż mamy u nas jego odpowiednik. Termin rozpoczęcia badania zgrał się w czasie z pojawieniem się na rynku książki Atkinsa. Część pacjentów uznała, że nie będzie słuchać tych tępych dietetyków, bo oni, pacjenci, odkryli PRAWDĘ i wiedzą, jak pozbyć się miażdżycy. Zaczęli objadać się tym, co tam Atkins poleca: tłuszcz naszym przyjacielem, węglowodany to zło, cholesterol to lek na wszystkie choroby. Naukowcy nic nie mówili, tylko zacierali ręce z radości. Nie dość, że sprawdzą, czy dieta Ornisha faktycznie działa, to na dodatek nauka pozna w końcu jaki faktycznie ma wpływ dieta Atkinsa.

Efekty były łatwe do przewidzenia, ale ich skala zaskoczyła każdego. Na diecie wegańskiej miażdzyca cofnęła się aż o 40%, o tyle powiększył się przepływ krwi. W ciągu zaledwie roku! Natomiast na Atkinsie niemal dokładnie odwrotnie, rok wystarczył, by przepływ krwi w tętnicach serca zmniejszył się o około 40%. Wiele bym dał, by zobaczyć miny tych ludzi, którzy uwierzyli, że autor książeczki wie o dietetyce więcej, niż wszyscy dietetycy na świecie. Gdy zobaczyli, że zaledwie rok wystarczył, by ich prawie zabić. Link do badania:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/11108325

I tak jest za każdym razem, niestety. Sensacyjne artykuły o tym, że takie diety pomagają to robienie z logiki córy Koryntu. Trzeba się dość uważnie wczytać, wiedzieć, jakie są zależności, by nie wpaść w pułapkę, zobaczyć, gdzie jest błąd. On zawsze jest. Przykład: po wpisaniu w google „low carb atherosclerosis”, pierwsze kilkadziesiąt stron wyników to blogi, gdzie ludzie piszą, że niby „udowodniono” działanie diet low-carb oczyszczające tętnice. Jeśli jednak przyjrzeć się badaniu, na którym się opierają, wygląda to nieco inaczej. Okazało się, że były to bardzo specyficzne zmiany w jednym z naczyń krwionośnych, takie, które powstają na skutek nadciśnienia. Ono z kolei wynika z nadwagi. W badaniu testowano trzy zupełnie różne diety, naukowcy wykazali, że obojętnie co się będzie jadło, jeśli będzie tego mało i człowiek schudnie, to te konkretne specyficzne zmiany cofną się. Link do badania, na którym opierają się blogerzy:

http://circ.ahajournals.org/content/121/10/1200.full

Przypominam, to właśnie badanie jest na pierwszych stronach wyników w google i wszyscy jak jeden mąż popełniają ten sam błąd przy jego interpretacji. Błąd głupi, wręcz żenujący, ale widocznie ludzie chcą to czytać, chcą być w ten sposób okłamywani, stąd popularność.

Czasem można zobaczyć artykuły, gdzie autorzy powołują się na badania prowadzone na cukrzykach, u których diety ketogenne zmniejszały ryzyko choroby serca. Gdzie tkwi haczyk? Tym razem słowo – klucz to „cukrzyca”. Taka dieta faktycznie może pomóc przy mocno zaawansowanej cukrzycy typu I, ale trochę na tej zasadzie, na jakiej chemioterapia pomaga przy nowotworze. Nikt jednak nie twierdzi, że chemioterapia to coś zdrowego, bo pomogła ciężko chorej osobie.

Można się dowiedzieć, że wśród Inuitów nie ma chorób serca. Tyle, że są. Historie o ich niesamowitym zdrowiu są po prostu wyssane z palca, dosłownie. Ich źródło to książki przygodowe napisane przez podróżnika, który fantazjował sobie o wspaniałym zdrowiu mieszkańców koła podbiegunowego. Inuici byli – i dalej są – nacją z tragicznie niską średnią życia i dramatycznie wysokim odsetkiem chorób cywilizacyjnych.

Gwoździem do trumny jest fakt, że wraz z przejmowaniem „zachodnich” obyczajów i diety, wśród Inuitów zmniejsza się odsetek chorób serca:

https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/12535749

A co z Masajami? Przecież jedzą głównie mięso i są zdrowi!

Nie, nie są. Pomimo ekstremalnie dużej aktywności, która powinna ich chronić przed chorobami, pomimo wielu pokoleń naturalnej selekcji, ich naczynia krwionośne były przerośnięte zmianami miażdżycowymi, porównywalnymi do tych, jakie ma siedzący cały dzień przed telewizorem i obżerający się hamburgerami podstarzały mieszkaniec USA:

https://academic.oup.com/aje/article-abstract/95/1/26/167903

Można to ciągnąć w nieskończoność, „dowód” na to, że jakaś dieta tego typu jest zdrowa, wykazanie błędu. Kolejny dowód, kolejny błąd. Ludzie jednak chcą wierzyć, bardzo mocno chcą, dlatego, niestety, takie „dowody” będą się ciągle pojawiać. To jest powód, dla którego za tego typu rzeczy powinni brać się tylko ci, którzy opanowali zarówno podstawy medycyny, jak i metodologii. Bardzo łatwo wpaść w pułapki typu „skoro karp to ryba oraz szczupak to ryba, więc karp jest szczupakiem”.